Wyprawa do Norwegii

(18.05 do 29.05.2008 r.)

Po jednej wyprawie na Alandy i sześciu wyprawach do Szwecji potrzebowaliśmy pewnej odmiany. Trzeba było wreszcie spróbować jak to jest w Norwegii. Znamy wielu Kolegów, którzy jeżdżą tam regularnie. Ich opowiadania wzbudziły naszą ciekawość i chęć przeżycia  prawdziwej morskiej przygody. Ponieważ nie mieliśmy do dyspozycji odpowiedniego samochodu, który nadawałby się na taką wyprawę, zaczęliśmy rozglądać się za wyprawami organizowanymi przez innych. Dodatkowym powodem było również to, że w momencie podejmowania decyzji o wyjeździe nie mieliśmy dostatecznej liczby zdecydowanych kolegów, Po krótkich poszukiwaniach w Internecie znalazł się organizator wypraw do Norwegii Pan Jacek Bielawski (www.wyprawywedkarskie.pl), Może na jego wyprawę zapisać się   dowolna liczba chętnych. To nam odpowiadało, bo można było jechać „w pojedynkę”, we dwóch, trzech itd.. Dodatkowym argumentem było zapewnienie przez organizatora dojazdu oraz wyżywienia w czasie pobytu. Za turnus (domek i łódka) z 9 dniami łowienia, przejazd w obie strony mikrobusami, wyżywienie oraz 10 litrów paliwa dziennie na łódź zapłaciliśmy ok. 1700 zł na osobę. Wydawało nam się to bardzo atrakcyjne. Wreszcie nie musieliśmy wlec ze sobą chlebów, obiadów itd.. Ktoś zrobił to za nas i to w przystępnej cenie. Nie będziemy opisywać dalszych szczegółów z oferty. Odsyłamy do w/w strony Pana Jacka.

Miejscem docelowym wyprawy była miejscowość Fillan na wyspie Hitra. Podróż przebiegła bezproblemowo i była krótsza od planowanej co nas bardzo cieszyło. W czasie przejazdu przez góry trafialiśmy na śnieżyce. W górach oczywiście leżał śnieg. Temperatura wody wynosiła 8-12 stopni C. Ciepłe kombinezony były nieodzowne. Poza tym parę dni padało i czasami wiało, chociaż nie sztormowo. Łódź na której pływaliśmy, o super nazwie PIERDOLOT była bardzo solidna, wyposażona w silnik zaburtowy SUZUKI 50 KM, radio morskie i wspaniałą kolorową echosondę z GPS Eagle SeaCharter 502c. W to urządzenie była wgrana (na karcie pamięci) dokładna mapa morska całej okolicy, która pozwalała pływać nawet po ciemku. Do tego kreślenie śladów tras, zaznaczanie punktów i wiele innych funkcji. Po prostu rewelacja. Mieliśmy do dyspozycji wielopokojowy dom z dwoma łazienkami, obszerną kuchnią, salonem telewizyjnym, tarasem z meblami ogrodowymi oraz piwnicą z pomieszczeniem do sprawiania ryb i zamrażarką.

Jak się okazywało w miarę upływu czasu, ryby nawet duże przebywały na płyciznach 4-15 m. Oczywiście były przez to bardziej ostrożne i trudniejsze do złowienia. Widzieliśmy metrowego dorsza, który odprowadził  mniejszego  do burty łodzi. Kolegom z innej łodzi w tym samym miejscu odprowadził holowanego dorsza duży halibut. Kolega z trzeciej łodzi złowił dużego rdzawca  (ok. 7 kg ) na wodzie ok. 4 m. Oczywiście po holu takiej ryby miejsce połowu było do następnego dnia „spalone”. Niestety duże ryby to były pojedyncze przypadki. Najczęściej łowiliśmy mniejsze. Były oczywiście i te trochę większe, ale nie rekordowe. Największe złowione przez Kolegów ryby są na zdjęciach. Niektóre były ważone i mierzone. Łowiliśmy też na głębokiej wodzie i na górkach 20-50 m w okolicach głębin 100-200 m. Mimo zapisów na echosondzie wielkich ławic, często brań nie było lub brały małe molwy lub malutkie rekinki. Większe molwy złowione zostały na głębokości 80-120 m. Najwięcej czasu poświęcaliśmy  spinningowaniu pilkerkami 40-60 g i gumami. Trafialiśmy czasami na stada czarniaków w pół wody (np. na 25 m przy głębokości 50-60 m) ale stada te były dość mocno rozproszone i przy szybkim dryfie trzeba było wielokrotnie napływać. Tu przydawał się zapis trasy na ploterze mapy z GPS-a. Łowienie głębinowe przy braku dostatecznej ilości brań było dość nudne i męczące, bo przy szybkim dryfie trzeba było „wykręcać” pilkera ze 100-150m dość często. Mieliśmy dryfkotwę, która bardzo pomagała w zwolnieniu dryfu. Nie ukrywamy, że liczyliśmy na dużo więcej brań większych ryb. Plan był taki, aby na początku nałowić się „do obrzydzenia”, a potem zrobić sobie wycieczkę np. do Trondheim lub na pstrągi. Plan nie wypalił! Przez 9 dni uparcie szukaliśmy ryb w całym dostępnym dla naszej łodzi łowisku. Chyba za bardzo chcieliśmy powtórki z filmów reklamowych typu „Pollack na Hitrze”  oraz artykułów realizowanych  na zamówienie  biur podróży lub czasopism. Zbieżność określenia "lub czasopism" przypadkowa.

 

       

 

       

 

     

 

      

 

     

 

     

 

     

 

     

 

     

 

    Wyprawa wędkarska, gdzie organizator zapewnia dojazd i wyżywienie jest z założenia bardzo dobra. Wędkarz może skupić się na najważniejszej czynności jaką jest łowienie ryb. Aby jednak tak się stało, organizacja takiej wyprawy musi być perfekcyjna, a co najmniej poprawna.

    W czasie naszej wyprawy wystąpiły pewne braki organizacyjne, które skutkowały nieporozumieniami i wzajemnymi pretensjami. Podstawowym niedociągnięciem na takiej wyprawie jest brak jasno sprecyzowanych i spisanych zasad organizacji grupy. Na przykład: przydzielone paliwo do łódki musi być rozliczane w sposób nie budzący żadnych wątpliwości. Po trzech dniach pływania nikt nie wiedział ile paliwa spalił i ile dostał. Każdy miał inną wersję.  Druga sprawa to korzystanie z kuchni i zapewnionych posiłków. Niektórzy uczestnicy wyprawy po skończonym posiłku  normalnie po sobie posprzątali,  inni uważali, że to powinien zrobić gospodarz. Wydaje nam się, że Pan Jacek chciał dać nam wszystkim i sobie maksimum luzu. Wiadomo, że nie można liczyć na żadną jednomyślność w narodzie i trzeba podstawowe zasady zapisać i podać do wiadomości. Luz jest super ale do czasu kiedy nie wprowadza anarchii i bałaganu. Myślę, że następna wyprawa zorganizowana przez Pana Jacka będzie bez zarzutu. Zapowiada to już na nowej wersji strony internetowej www.wyprawywedkarskie.pl . Oferowany pobyt w Dolmoya zapowiada się bardzo interesująco. Poza tym Pan Jacek okazał się bardzo sympatycznym kolegą, z dużym poczuciem humoru. Często było bardzo wesoło. Mimo pewnych zastrzeżeń bardzo mu dziękujemy za pobyt na Hitrze. Nie było źle.

    Wszystko to jednak pestka w porównaniu do zachowania „jedenastego” uczestnika wyprawy. Facet robił wszystko co możliwe, żeby go od razu nie lubić i podtrzymywał to wrażenie konsekwentnie do końca. Nie jest to moje subiektywne odczucie. Takiego samego zdania byli pozostali uczestnicy wyprawy. Myślał tylko o sobie. Mimo, że miał miejsce do spania w pokoju jak każdy, zajął salon telewizyjny na swoje lokum żeby spać samemu, uniemożliwiając nam posiedzenie wieczorem w szerszym gronie. Regularnie wykradał kraby z naszych pułapek, wyjadał z lodówki tylko najlepsze kąski itp. Oczywiście był „wszystkowiedzący” i w ogóle zachowywał się tak, że każdy chętnie by go utopił.  Nie będę oczywiście używał niecenzuralnych określeń. Każdy  je zna i sobie dopowie. Nie wiem czy to miało jakieś znaczenie, ale gość był z tego dużego miasta, które reszta Polski tak bardzo lubi.

    Wnioski na przyszłość są oczywiste. W dobie Internetu można wszystko lub prawie wszystko rozeznać przed wyjazdem. Poza tym trzeba jechać w sprawdzonej grupie, przynajmniej w ramach jednego domku i łodzi. Do tego dochodzi konieczność bezbłędnego wywiadu co do czasu i miejsca połowu, ponieważ przypadkowe miejsce i czas może skutkować brakiem dostatecznej ilości ryby. To, że tak jest niech potwierdzi fakt, że na Hitrze w czasie kiedy my byliśmy, zawodowi przewodnicy nie chcieli wypływać z wędkarzami. Po cichu dowiedzieliśmy się, że odmawiali ze względu na brak ryby we fiordach. Nie chcieli narażać swojej dobrej reputacji. Teraz wyjaśnia się, dlaczego niektóre terminy wyjazdów są zajęte na rok do przodu, a na niektóre biura podróży biorą uczestników „z łapanki”, obniżając cenę nawet o połowę.

    Ponieważ zdajemy sobie sprawę, że nasze reportaże czytają wędkarze planujący podobne wyprawy lub porównujący swoje wyprawy do innych, piszemy tylko prawdę bez żadnych ograniczeń. Oznacza to, że piszemy również o rzeczach, które nam się nie podobały jak również o błędach, które sami popełniliśmy.  Naszym głównym błędem był brak reakcji na uchybienia   organizacyjne. W przyszłości wszystkie zasady i warunki muszą być nam znane na początku, główne przed wyborem miejsca wyprawy, a drobne po przyjeździe na miejsce.

    W sumie jednak można powiedzieć, że była to bardzo fajna wyprawa, która dużo nas nauczyła. Dziękujemy Kolegom Współuczestnikom za miłe towarzystwo, „jedenastemu” po chrześcijańsku odpuszczamy i do zobaczenia w Norwegii! O naszych następnych planach będziemy pisać w niedługiej przyszłości licząc na wasze informacje Drodzy Koledzy Wędkarze. Piszcie do nas na e-maila lub wpisujcie się do naszej Księgi Gości. 

 

O inne szczegóły możesz zapytać kontaktując się z nami:

e-mail

[Do góry]