Wyprawa do Hedesundy

(07.06 do 16.06.2007 r.)

Po dwóch kolejnych wyprawach spędzonych „wśród szczupków” przyszła kolej na zmiany. Postanowiliśmy zapolować na sandacza. Wiadomo, w Szwecji szczupak jest wszędzie i to w dużej ilości, ale sandacz to już inna sprawa. Trzeba dobrze wybrać łowisko aby połowić „mętnookiego”. Za bardzo dobre łowisko tego drapieżnika uchodzi rejon Nedre Dalalven, czyli rozlewiska rzeki Dalalven ciągnące się na długości ok. 200 km. Rybostan bardzo bogaty, od zwykłego białorybu po najszlachetniejsze łososiowate.

Wybraliśmy kamping Hedesunda na wyspie Ön (wszystkie informacje na stronie internetowej: http://www.hedesundacamping.se) ze względu na wspaniałe położenie w centrum rozlewisk rzeki oraz przepiękne widoki. Poza tym mieliśmy relację naszego kolegi Piotra Konona (byłego Kierownika Kadry Spinningowej), który złapał tam dużo dużych ryb i bardzo chwalił łowisko.

Na wspólną wyprawę zapisało się 15 kolegów. Przyjechaliśmy czterema samochodami. Zarezerwowaliśmy dwa domki sześcioosobowe i jeden mniejszy. Wybraliśmy termin w czerwcu,  jako najlepszy okres połowów sandacza. Jednak tym razem nie trafiliśmy z pogodą (chyba po raz pierwszy), ponieważ przed naszym przyjazdem było stanowczo za ciepło i woda w rzece przekraczała 20 stopni Celsjusza. Ryby pochowały się w głębinach rozlewiska, które miejscami dochodziły do ponad 20 metrów. Na płyciznach, jak zwykle były tylko dyżurne szczupaki w wymiarze  ok. 1 – 2 kg. 

W ciągu tygodnia mieliśmy wszystkie rodzaje pogody, od upału po burzę z solidnym deszczem oraz bardzo silny wiatr, który powodował trudności w poruszaniu się po wodzie.

Duża fala (wiatr wzdłuż wyspy)  powodowała wlewanie się wody do łódek podczas płynięcia. Duży wiatr powodował również trudności z rozpoznawaniem sandaczowych brań,  szczególnie na dużej głębokości. Specjaliści od sandaczy, których nie brakowało w naszej grupie, poradzili sobie oczywiście z tymi trudnościami i sandacze łowili. Ci zaś, którzy na takim łowisku chcieli nauczyć się łowić sandacze, musieli lekcję przełożyć na inny termin i inne łowisko.

Warunki bytowe czyli zakwaterowanie dobre, chociaż… Domki typu Lax przewidziane na 4-6 osób zapewniają komfort tylko przy 4 osobach. Nas było w domku sześciu, co oznaczało, że dwóch kolegów musiało spać na antresoli, gdzie nie ma możliwości stanąć wyprostowanym  i od drabinki do łóżka trzeba przechodzić „po czterech”. Tak samo „po czterech” trzeba stamtąd wychodzić. Dwóch następnych musiało zaakceptować łóżko małżeńskie. Wyposażenie kuchni nie jest przygotowane dla takich, którzy wszystko sami sobie gotują z tego co przywieźli i do tego jest ich sześciu. Po pierwsze za mała lodówka, z symbolicznym zamrażalnikiem przeznaczonym najwyżej do drinków. Aneks kuchenny wraz ze swym wyposażeniem zupełnie niewystarczający do przygotowywania pełnych posiłków.

Gospodarzami kampingu są Holendrzy, którzy zakochali się w Szwecji i pracując tam łączą przyjemne z pożytecznym. Wszystkie ustalenia i płatności załatwiliśmy przez Internet z przemiłą Renatą, żoną głównego szefa o imieniu Meindert. Przed i na początku wyprawy nie było żadnych problemów. Dogadywaliśmy się po angielsku i w ogóle było miło. Nawet podsunięte do podpisania, a napisane po szwedzku, zobowiązania finansowe za wypożyczone łodzie z silnikami przyjęliśmy ze zrozumieniem, bo łodzie i silniki były bardzo porządne.  Potem jednak przestało nam się podobać. Koledzy, którzy wybrali mniejszy domek 'Abborre' (byli w trójkę) zmagali się ciasnotą, duchotą i wysoką temperaturą w domku, który nie miał nawet otwieranych okien. Toalety i prysznice mieli „w budynku głównym” (100 m). Cena za taki domek powinna być wiele niższa. Ogólnie nie jest to tani kamping.

Do każdej łodzi dostaje się pełny bak paliwa, ale też pełny trzeba oddać. Paliwo nie jest wliczone w cenę łodzi i wszystko co wypalisz musisz uzupełnić. Paliwo, które kosztowało wówczas na stacji poniżej 12 koron (SEK) gospodarz sprzedawał nam po 20 SEK, chociaż stacja była o kilometr. Na poprzedniej wyprawie w Svagadalen otrzymaliśmy łodzie z pełnymi bakami i z pustymi mogliśmy je oddać. Dopiero za dodatkowe paliwo płaciliśmy, ale też po cenie jak na stacji. Wygląda na to, że kamping Hedesunda jest nastawiony na maksymalny zysk, czasami uzyskiwany w sposób wymuszony. Przyjechałeś, jesteś, to płać. Zwykle w Szwecji jest przyjęte, żeby wyposażyć wędkarzy w mapy łowiska. Nasz Holender mapy miał lecz sprzedawał je po 300 SEK (słownie: trzysta)

Do przystani z łodziami było około 300 m. Nic wartościowszego nie można było zostawić w łodzi. Na noc trzeba było chować do specjalnych schowków (do których w czasie deszczu lała się woda) wiosła, zbiorniki z paliwem, kotwice i inne akcesoria, a sprzęt wędkarski skrupulatnie zabierać do domku lub chociaż zamykać w samochodach. W weekendy odbywały się tam imprezy (restauracja nad wodą przy przystani),  na które przyjeżdża wiele młodych osób. Jak wyglądają takie imprezy wszyscy wiemy. Nie obyło się bez wizyty policji.

Ze względu na ilość zabieranego codziennie sprzętu trzeba było chodzić i nosić po dwa lub nawet trzy razy. Rano zanosząc, a wieczorem przynosząc. W czasie przenoszenia część sprzętu czekała na zabranie na przystani. Chwila nieuwagi podczas weekendowej imprezy i wiązka dobrych wędek z drogimi kołowrotkami zniknęła z przystani. Nikt się tego nie spodziewał w Szwecji, a legenda o braku złodziei w Szwecji to już chyba historia. Nasz przypadek jest  ostrzeżeniem: Nie licz na to że Ci w Szwecji nic nie zginie!  Z rozrzewnieniem wspominamy czasy, kiedy cały sprzęt wędkarski, razem z aparatami fotograficznymi i kamerami zostawialiśmy bez obawy w łodziach. To już koniec tych czasów.

Wracając do kampingu Hedesunda, trzeba powiedzieć, że spodziewaliśmy się więcej serdeczności ze strony gospodarzy. Byli co prawda poprawnie mili, ale nim pozwolili nam odjechać,  sprawdzili ilość noży, widelców, kieliszków i innego sprzętu. Za kawałek rozplecionej liny kotwicznej musieliśmy słono zapłacić. W czasie sprawdzania domków gospodarz głośno oznajmił, że brakuje jednego noża. Dla dobra sprawy kolega wyjął z torby super jakości nóż kuchenny i podarował go gospodarzowi w zamian za zgubiony.  Nie usłyszał dziękuję, chociaż „zgubiony” nóż jednak w domku za chwilę się znalazł.

Po powrocie do Polski, na wędkarskim spotkaniu opowiadaliśmy o naszych przeżyciach. Jeden z kolegów, który od lat pracuje  w Holandii wyjaśnił nam, że to był całkiem normalny Holender i nie mamy czemu się dziwić.

        Reasumując, Szwecji po holendersku więcej nie zaliczymy. Na przyszłość będziemy starali się wybierać miejsca mniej uczęszczane przez ludzi , wręcz dzikie, nawet kosztem wygód cywilizacyjnych.  Czyli wybór jest prosty – daleka północ, gdzie dużo łatwiej spotkać renifera, misia, rosomaka, łosia czy wilka niż Holendra lub złodzieja.

 

        

 

        

 

        

 

        

 

        

 

O inne szczegóły możesz zapytać kontaktując się z nami:

e-mail

[Do góry]